Szablon stworzony przez Arianę dla Wioski Szablonów na podstawie szablonu Rewelacja. | X

29.3.16

Skin79 Dream Girls BB Cream - recenzja

Hej kochane!
Święta, święta i po świętach ;) Za kieszonkowe otrzymane od Zajączka zamówiłam sobie silikonowe etui do telefonu i Pilaten Black Mask. Teraz muszę tylko cierpliwie czekać, aż przyjdą... A wy co dostałyście od Zajączka? Może jakieś ciekawe kosmetyki? Pochwalcie się w komentarzach, a ja tymczasem przejdę do recenzji :)

 Dream Girls BB kupiłam, szczerze powiedziawszy, troszkę w ciemno. Po wypróbowaniu Hot Pink od Skin79 i grzybkowego SkinFooda nie wiedziałam za bardzo czego bym chciała. Kusiła mnie Missha Perfect Cover, ale zależało mi na czymś bardziej jak BB niż jak podkład, więc po przejrzeniu dostępnych produktów wybrałam właśnie Dream Girls BB Beblesh Balm od Skin79.

Urocze, "dobranocne" opakowanie ;)

Co obiecuje nam producent?
„Krem BB przeznaczony szczególnie dla młodych kobiet w wieku 16-23 lat. Zapewnia kontrolę sebum, jest beztłuszczowy, daje efekt orzeźwienia po użyciu oraz chroni skórę przed przedwczesnym procesem starzenia się skóry spowodowanym przez szkodliwe działanie promieni słonecznych. Dzięki kremowej konsystencji zapewnia od lekkiego do średniego poziomu krycia, dodatkowo wyrównuje koloryt skóry, tworząc perfekcyjny wygląd, optymalnie nawilżonej i świeżej cery. 
Nadaje się do jasnej karnacji.”
(wizaz.pl)

Moje doświadczenia

SPF30 i PA++ - tak jak zawsze zaznaczam, że krem BB nie zastąpi porządnego filtru np. na plaży lub innej, dłuższej ekspozycji na słońcu. Jednak podczas normalnego, nawet słonecznego, dnia, który spędzamy w większości w pomieszczeniach, jest wystarczający i buzia nie powinna się opalić.

Konsystencja – bardzo, bardzo leciutka i prawie że wodnista. Przypomina mi trochę konsystencję lekkich, nawilżających kremów na dzień. Jest bardzo przyjemna, łatwa w aplikacji i muszę przyznać, że rzeczywiście zaraz po nałożeniu skóra jest orzeźwiona.

Krycie – tu mam niestety przykrą niespodziankę, bo mimo, że krem polecany jest dla nastolatek oraz osób borykających się z niedoskonałościami skóry, to niestety kryje po prostu słabo. Gdy moja cera ma gorszy dzień i „wysypie mnie”, to naprawdę jest ostatni krem BB po który bym sięgnęła. Oczywiście po nałożeniu na ładną skórę, wygląda prześlicznie – naturalnie, wygładza, optycznie zwęża pory i niesamowicie rozświetla! Daje śliczny efekt „dewy skin” i głównie za to go lubię, ale zdecydowanie odradzam go osobom, które mają bardzo widoczny trądzik i niedoskonałości.

Skład znajdujący się na pudełeczku

Stapianie się ze skórą – Dream Girls ma tylko jeden kolor do wyboru i jest to bardzo jasny beż. Będzie pięknie stapiał się z większością jasnych cer, od tych „śnieżkowych” do jasnobeżowych. Z moją nie ma problemu, bo jestem naturalnie blada (większość drogeryjnych podkładów nawet w najjaśniejszej wersji jest dla mnie odrobinkę zbyt „pomarańczowa”).

Wyrównywanie kolorytu i kontrola sebum – co do pierwszego, to jeśli chodzi o lekkie zaczerwienienia krem daje radę. Z kontrolą sebum bym się kłóciła – krem jest tak wodnisty i tak mocno rozświetla, że może to jeszcze pogorszyć problem „świecenia się”.

Wydajność – jak każdy krem BB, Dream Girls jest w porównaniu ze zwykłymi podkładami wydajny. Choć nie dorównuje w tej kwestii np. Hot Pink z tej samej firmy, bo zawsze muszę nałożyć na twarz troszeczkę więcej Dream Girls niż różowego klasyka.

Cena – ten krem BB jest stosunkowo tani. Ja zapłaciłam za niego około 50 zł za 43,5 ml (dość dziwna pojemność, choć może po prostu Azjaci są baaardzo dokładni). Raczej ciężko trafić na podróbkę, bo nie jest aż tak popularny.

Opakowanie – uwielbiam ten kolor! Zawsze podobały mi się fiolety, szczególnie te ciemne i intensywne. Opakowanie jest bardzo estetyczne, połączenie fioletu oraz srebrnych i różowych elementów naprawdę mnie urzekło. Poza tym śmieszne, jakby „pikowane” pudełeczko też jest śliczne.

Swatch

Wady – jak już zaznaczyłam, to przede wszystkim słabe krycie i trwałość. Przez swoją lekką formułę krem szybko się ściera i po całym dniu nie ma go już zbyt wiele na twarzy. A szkoda, bo przez to znika także to przepiękne rozświetlenie…

Podsumowując:
Tak naprawdę cenię w tym kremie jedynie efekt „dewy” i miłą w dotyku, gładką skórę po zastosowaniu. Niestety nie kupiłabym go drugi raz, bo moja kapryśna cera potrzebuje czegoś pewniejszego i lepiej kryjącego. Komu bym go polecała? Osobom, które mają dosyć bezproblemową skórę, lubią jak ich buzia ma zdrowy blask i są fanami orzeźwiających, energetyzujących i leciutkich kremów.

Czy miałyście okazję wypróbować Dream Girls BB od Skin79? 
Zachęcam także do pochwalenia się waszymi ostatnimi kosmetycznymi łupami! ;)
~ Koala <3


24.3.16

It's Skin Babyface BB Cream Moisture - recenzja

Hej wszystkim! :)
Jak się miewacie? Ja już wprost nie mogę doczekać się wiosny, mam dosyć zimowych ciuchów i zimna. Słońce pojawia się stanowczo zbyt rzadko jak na końcówkę marca, a ja już wolę smarować się kremem z filtrem codziennie po parę razy niż znosić kolejny niepogodny dzień :(
Tak poza tym - mam zamiar niedługo zamówić czarną maskę usuwającą wągry marki Pilaten lub My Scheming Mask (jeszcze nie zdecydowałam). Czy któraś z was jakąś z nich stosowała? Jak efekty?

Dziś mam dla was recenzję jednego z kosmetyków, które bardzo mi służą, choć może nie jest to spektakularny efekt, to chyba właśnie najbardziej lubię taki codzienny, ładny, delikatny makijaż, a nie krycie a'la maska i tonę pudru ;) Zapraszam do zapoznania się z recenzją Babyface BB Cream Moisture od It's Skin.

Śliczne opakowanie Babyface :)

Jest to jeden z kosmetyków, które kupiłam “przy okazji”, bo skoro już płacę za przesyłkę… ;) Zamawiałam go razem z Red Bean BB Cream SkinFood i okazało się, że krem od It’s Skin przypadł mi do gustu dużo bardziej niż ów fasolkowy. Zaryzykowałabym nawet stwierdzenie, że jest to mój ulubieniec na lato.

Co obiecuje nam producent?
„Aksamitny krem BB, zawierający kombinację składników nawilżających. Delikatnie rozjaśnia i ujednolica koloryt skóry, intensywnie nawilża, wygładza i bardzo dobrze ukrywa drobne niedoskonałości oraz podkreśla naturalny blask skóry nadając jej nieskazitelnego wyglądu. Zawiera wysoki filtr przeciwsłoneczny SPF 36 PA++ (UVA/UVB). Polecany dla skóry suchej i normalnej.” (wizaz.pl)

Moje doświadczenia

SPF36 PA++ - używałam tego kremu bardzo często latem, wspomagałam się także osobnymi filtrami i moja cera raczej nie odczuła efektów ekspozycji na Słońce. Myślę, że gdy nie planujemy dłuższego wyjścia na zewnątrz, na pełne Słoneczko, tylko chcemy np. przemieścić się z domu do pracy, to sam BB da radę. Przy dłuższych wyjściach niezbędne będą inne filtry.

Konsystencja – bardzo przyjemna, czuć, że to BB stworzony z myślą o cerze suchej, bo czuć, że jest „mokry”, taki przyjemny i lekki. Wygodnie się go nakłada, nie rozwarstwia się. Myślę, że to krem idealny na lato właśnie dlatego, że nie ma tej ciężkiej konsystencji kryjącego podkładu.

Krycie – w tym punkcie spotkało mnie duże zaskoczenie, na szczęście w pozytywnym sensie. Krem kryje bardzo dobrze! Po doświadczeniach z Dream Girls BB od Skin79, myślałam, że krem przeznaczony dla młodej cery będzie krył średnio. Liczyłam się z tym, ale latem nie zależy mi na ciężkich kremach z perfekcyjnym kryciem. Mimo to, byłam zachwycona efektem, który daje nam Babyface – wyrównanie kolorytu, zakrycie rozszerzonych porów, częściowo zakrywa też większe niespodzianki na naszej buzi. Cudo!
Niestety zero informacji w języku angielskim

Stapianie się ze skórą – Babyface występuje tylko w jednym odcieniu, na szczęście dość neutralnym. Myślę, że będzie pasował  do większości odcieni cery, choć najładniej będzie stapiał się z tymi jasnymi. Nie spływa, nie rozwarstwia się na buzi, nie ciemnieje. W tej kwestii nie mogę nic kremowi It’s Skin zarzucić.

Intensywne nawilżenie – moja skóra na twarzy jest bardzo dziwna. Miewam problemy z „diodami” i zaskórnikami. Mimo to, ogólnie moja skóra na całym ciele jest sucha, a to tyczy się także części mojej twarzy. Nie powiedziałabym, że ten BB może zastąpić całkowicie kremy nawilżające, ale jest dobrą alternatywą, jeśli nie lubicie nakładać podkładu na krem nawilżający. Babyface nie ściąga skóry, nie podkreśla suchych skórek i nie powoduje przesuszenia, a o to chyba chodzi, bo nie ma co się okłamywać – BB jest bardziej kosmetykiem kolorowym niż pielęgnacyjnym.

Naturalny blask – to chyba mój ulubiony aspekt tego BB i dzięki niemu ten krem zdobył moje serce. Nie lubię matowej cery, uwielbiam taką rozświetloną, świeżą, młodzieńczą buzię, a dzięki temu kremowi jestem w stanie taki efekt uzyskać. Właśnie to jest piękne, że ten BB jednocześnie kryje i cudownie rozświetla, co rzadko się zdarza.

Wydajność – to punkt, w którym troszkę ponarzekam – krem do najwydajniejszych nie należy. Ma lekką konsystencję, więc często wylatuje go troszkę za dużo (choć o to możecie obwinić moją niezdarność i poranny pośpiech…). No i sam w sobie też nie jest niesamowicie wydajny, aby ładnie i dokładne pokryć buzię trzeba użyć go nieco więcej niż np. takiego Hot Pink od Skin79.

Swatch

Cena – cena to około 39 zł za 30ml tubkę. Nie jest to dużo, jest to jeden z tańszych BB dostępnych w polskim Internecie. Gdyby był odrobinkę wydajniejszy, cena byłaby wielkim plusem, ale w tej sytuacji nie uważam, że to hit cenowy.

Opakowanie – kremik przychodzi do w przezroczystym plastiku ze skrzydełkami. Wygląda to niesamowicie uroczo i przyznam się, że nie zdejmowałam tych skrzydełek bardzo długo, ale w końcu musiałam to zrobić, żeby móc łatwiej wydobywać produkt ze środka. Uwielbiam te „kawaii” opakowania azjatyckich kosmetyków!

Podsumowując:
Mogę śmiało powiedzieć, że jest to jeden z kremów BB, które podbiły moje serduszko i bardzo możliwe, że jeszcze po niego sięgnę. Polecam go szczególnie jako krem na lato ze względu na tą lekkość i nawilżenie, którego potrzebuje wysuszona słońcem skóra. A co do nazwy – to efekt rzeczywiście jest nieco „bobaskowy”, ten blask i transparentność! ;) Mogę też śmiało polecić go nastolatkom,  bo możliwe, że dla dojrzałej cery będzie zbyt lekki.
Jeśli macie cerę tłustą albo mieszaną, możecie sięgnąć po braciszka tego kremiku – Babyface BB Cream Silky od It’s Skin.

Lubicie efekt „bobaskowej” cery, który daje Babyface? Jakie inne produkty It’s Skin polecacie? 
~ Koala <3

18.3.16

Lioele Dollish Vel Vita BB Natural Green - Natural Beige (miętowa baza) - recenzja

Cześć kochane <3
Nareszcie piątek, a dla mnie ostatni piątek przed przerwą świąteczną, bo w przyszłym tygodniu normalnych lekcji nie mam. Niestety i tak czeka mnie nauka - przed maturą, ale narzekać nie mogę, bo i tak o wiele przyjemniej uczy się w domu niż siedząc na twardych, niewygodnych krzesłach w szkole (sic!). 
Mam nadzieję, że jesteście równie podekscytowani weekendem co ja! Jutro wybieram się na Targi Edukacyjne do MTP w Poznaniu. Może się tam zobaczymy?
Tymczasem zapraszam do recenzji kolejnego koreańskiego specyfiku - miętowej bazy pod makijaż Lioele.


Dollish Vel Vita BB od Lioele

Dollish Vel Vita BB był drugim elementem mojego świątecznego prezentu (razem z Precious Mineral BB). Była to swego rodzaju niespodzianka, bo w ogóle o niego nie prosiłam, ale sprawił mi wiele radości. Z początku myślałam, że to zwykły krem BB, ale potem doczytałam słowa „Make Up Base”. Chociaż największym zdziwieniem był kolor – miętowa zieleń? :) Szybko okazało się jednak, że to naprawdę kosmetyk-cud.

Co obiecuje nam producent?
„Lioele Dollish Veil Vita to witaminowy krem BB 2 w 1 pełniący funkcję zarówno bazy pod makijaż jak i kremu BB - koryguje zaczerwienienia / żółte przebarwienia i zasinienia oraz kryje niedoskonałości i wyrównuje koloryt. To krem BB nowego typu, który daje bardziej naturalny efekt, dzięki mikro kapsułkom dostosowującym się do Twojego koloru cery. Daje uczucie nawilżenia bez efektu tłustości.
Dollish Veil Vita zawiera 6 witamin, by kompleksowo dbać o Twoją skórę: 
- witamina A (Retinol),
- witamina B5 (Pantenol),
- witamina C (Ascorbyl Glucoside),
- witamina E (Tocopheryl Acetate),
- witamina F (Tocopheryl Linoleate),
- witamina H (Biotin).
Dostępny w dwóch odcieniach: Gorgeous Purple - Light Beige, Natural Green - Natural Beige.”
(wizaz.pl)

Moje doświadczenia

SPF25 i PA++ - praktycznie zawsze używam tej bazy w połączeniu z innym BB kremem, więc ciężko mi ocenić tę kwestię. Myślę jednak, że tak jak w innych azjatyckich kosmetykach, filtry będą dobrze chronić w zwykłe dni, a w razie dłuższej ekspozycji na słońce konieczna będzie dodatkowa ochrona.

Konsystencja – dość gęsty i „suchy” krem, troszkę ciężko jest go równomiernie rozsmarować (co jest bardzo ważne, zważywszy na kolor), ale daje radę. Mimo tej suchości nie ściąga skóry, wręcz przeciwnie, już po nałożeniu wtapia się w nią i nie czujemy go na buzi.

Krycie – cudowne! Moja wersja, ta zielona, jest przeznaczona dla cer z zaczerwienieniami, więc dla mnie (problemy z trądzikiem, trochę popękanych naczynek) i mojej mamy (popękane naczynka) sprawdza się idealnie. Po nałożeniu go cera ma równomierny koloryt, a niedoskonałości stają się mniej widoczne. Gdy dodatkowo użyjemy kremu BB, otrzymujemy efekt gładkiej, promiennej i zdrowej cery.

Bez makijażu

Po nałożeniu Dollish - o wiele mniej zaczerwienień!

Stapianie się ze skórą – tak jak wspominałam, niedokładnie rozsmarowany może zostawić jasnozielony odcień w niektórych miejscach, ale wystarczy go dobrze rozprowadzić, by zobaczyć, jak pięknie wtapia się w skórę. Dopasowuje się do jej odcienia, szczególnie u bladolicych (choć u mojej mamy, która ma ciepłą, dość ciemną karnację także się sprawdza). Sprawia, że skóra jest miękka i gładka, nie daje efektu ani rozświetlenia, ani matu – jest po prostu naturalnie.

Wydajność – jest naprawdę świetna. Jedna pompka (ilość, jaką mam nałożoną na zdjęciu) wystarcza na pokrycie całej twarzy. Oczywiście można miejscowo dodać nieco więcej kremu, by zakryć konkretne zaczerwienienia czy stany zapalne. Jednak gdy zamierzamy dodać na wierzch zwykły BB, nie jest to konieczne.

Cena – u mojego zaufanego sprzedawcy jest za 64,99 zł za 30 ml. Dla niektórych może się wydawać, że to dużo, ale ten produkt naprawdę jest tego warty, szczególnie, że dzięki bardzo dobrej wydajności posłuży nam długo nawet przy codziennym używaniu.

Opakowanie – śliczna, zgrabna buteleczka z pompką. Pięknie prezentuje się na półeczce z kosmetykami. Jestem wielką fanką kosmetyków w ładnych opakowaniach i kosmetyki japońskie oraz koreańskie niezmiennie zaskakują mnie bardzo „kawaii” designem opakowań :)

Swatch

Wady – to oczywiście tępa konsystencja i przez to nieco utrudnione aplikowanie na twarz. Poza tym nie widzę żadnych znaczących wad. Spełnia swoje zadanie w każdym calu.

Podsumowując:
Poleciłabym ten produkt każdemu, kto zmaga się z zaczerwienieniami, stanami zapalnymi, trądzikiem, zaskórnikami czy pękającymi naczynkami. Choć niestety ten kosmetyk nie pomoże ich zaleczyć, nie zaszkodzi im, a pozwoli uzyskać efekt wypoczętej, zdrowej i gładkiej cery. Nie testowałam wersji fioletowej, ale uważam, że skoro jest siostrą bliźniaczką tej zielonej, to nie może być gorsza ;> Jeśli któraś z was miała Dollish Vel Vita BB Gorgerous Purple niech koniecznie wypowie się w komentarzu na jego temat!

Jaka jest wasza ulubiona baza pod makijaż? :)
~ Koala <3

13.3.16

SkinFood Red Bean BB Cream („Fasolkowy") odcień No.1 Light Beige - recenzja

Hej misie! :)

Zaczął się właśnie dla mnie ostatni dzień mojego długiego weekendu (wyjątkowo miałam wolny piątek i nie musiałam iść do szkoły). Nieźle sobie odpoczęłam i wreszcie się wyspałam! Trochę żałuję, że ani w piątek, ani wczoraj nie zrobiłam nic produktywnego, dlatego dzisiejszy dzień zamierzam wykorzystać lepiej, zaczynając od nowego posta na blogu! Miłego czytania :)

Mój kotek też interesuje się kosmetykami ;)

Fasolkowy BB to mój drugi krem BB z firmy SkinFood. Pierwszym był BB grzybkowy, z którego byłam bardzo zadowolona; może nie nazwałabym jego działania efektem wow, ale na co dzień wystarczał zdecydowanie. Z tego powodu nie wahałam się z zakupem Red Bean BB Cream, byłam pewna, że w wielu kwestiach będzie wypadać podobnie co grzybkowy – niestety, myliłam się. Dlaczego? Wyjaśniam w recenzji poniżej.

Co obiecuje nam producent?
Osławiony fasolkowy krem BB, który świetnie odżywia skórę. Bardzo dobrze stapia się z skórą, dając efekt promiennej, pełnej blasku. Kosmetyk także nawilża i chroni przed promieniowaniem UV. Ma ciepłe europejskie podtony.” (rubishop.pl)

Moje doświadczenia

SPF20 PA+ - niestety nie jestem w stanie w 100% potwierdzić tego punktu, bo używam także innych filtrów dla bezpieczeństwa mojej twarzy (sam BB niestety nie wystarczy na cały dzień ochrony). Wydaje mi się jednak, że można uwierzyć na słowo producentowi i nie obawiać się słonecznego blasku czy opalenizny.

Konsystencja – Red Bean jest dosyć rzadki, trochę wodnisto-oleisty (jeśli tak to mogę określić). Ma niestety lekką tendencję do rozwarstwiania się, co jest dla mnie dużym minusem, bo żaden inny BBik nigdy mi tego nie robił. Oczywiście teraz zapobiegawczo zawsze wstrząsam butelką przed użyciem, ale wciąż – to nieprzyjemna sprawa.

Swatch fasolkowego BB

Krycie – i tu właśnie jest największy minus tego BB kremu – nie kryje. Po prostu. Może chwilę po nałożeniu skóra rzeczywiście wygląda lepiej – bardziej wyrównany koloryt, mniej widoczne pory, ale efekt znika bardzo szybko. Odradzam więc ten krem każdej osobie borykającej się z poważnymi problemami skórnymi (trądzik, zaskórniki, naczynka) – Red Bean nie poradzi sobie z nimi. Już przy nakładaniu go na skórę wydaje się trochę transparentny, bardziej jak krem nawilżający niż BB. Jak dla mnie – działa to na niekorzyść tego produktu, chociaż wiem, że znajdą się osoby szukające właśnie takiego bardzo lekkiego BB. Ja jednak używam go tylko, gdy moja cera wygląda bardzo dobrze, lub gdy idę do przysłowiowego „warzywniaka”. (PS. Krycie tego BB i konsystencję mogę porównać z Dream Girls BB od Skin79).

Stapianie się ze skórą – tutaj nie mogę narzekać. Transparentność kremu sprawia, że dopasuje się on chyba do każdego koloru cery. Mimo to, ma dwa odcienie, ja mam oczywiście ten jaśniejszy. Odcień jest dosyć neutralny, chociaż delikatnie wchodzi w różowawe tony i nie polecałabym go do bardzo ziemistej cery.

Promienna, pełna blasku skóra – Red Bean zostawia na skórze efekt delikatnego, nienachalnego blasku. Niestety słaba trwałość kremu sprawia, że blask znika bardzo szybko, więc nie mogę dać za to żadnego plusa produktowi SkinFood. Wspomniany Dream Girls miał o wiele trwalsze i ładniejsze rozświetlone wykończenie.

Skład z tyłu jest niestety tylko w języku koreańskim (krem nie
posiada osobnego pudełka)

Wydajność – tu żadnych niespodzianek – jest tak wydajny jak większość testowanych przeze mnie BB. O ile nakładamy jedną warstwę, a przy takim kryciu trzeba by jednak być bardziej hojną. Trochę ciężko ocenić mi ten punkt, bo tak jak wspominałam, kremu używam tylko w te mniej ważne dni, więc ubywa go powoli.

Cena – nie pamiętam, za ile kupiłam mój egzemplarz, ale w Internecie zwykle można go znaleźć za 50-60 zł. Jest to umiarkowana cena jak za BB, ale teraz wiem, że wolałabym dorzucić parę złotych i kupić grzybkowy BB lub zupełnie inny.

Opakowanie – tutaj nie mam się do czego przyczepić. Krem jest w tubce, identycznej wielkości co grzybkowy, ale ma plastikową zakrętkę, a nie taką pokrytą kartonikiem. Sama tubka wygląda troszkę jak czerwona fasolka – ma identyczny kolor i odbija światło. Jak dla mnie super pomysł. Naklejki także są estetyczne, typowe dla produktów SkinFood.

Pięknie wykonane opakowanie

Plusy – musiałam dodać ten punkt, żebyście się kompletnie nie załamały ;) Red Bean ma jeden dość duży plus – dzięki lekkiej konsystencji nie podkreśla suchych skórek, nie czuć go na buzi i jest przyjemny w działaniu i aplikacji (trochę jak krem nawilżający). Dlatego mimo innych minusów, nadal jestem skłonna używać go w te lepsze dni mojej cery albo ewentualnie w duecie z dobrą bazą pod makijaż. No i zapach kosmetyku, kremowy, przyjemny, troszkę jak kremy Nivea lub Bambino. Podoba mi się bardziej niż troszkę dziwny, ziołowy zapach grzybkowego BB.

Podsumowując:
SkinFood Red Bean BB Cream zdecydowanie nie zdobył mojego serca i nie mam zamiaru kupować go po raz drugi. Szczerze mówiąc, to zawiodłam się na nim. Widziałam, że na wizażu jego ocena nie jest wysoka, ale wiele blogerek miało całkiem pozytywne zdanie o nim, więc liczyłam na coś fajnego do codziennego użytku, szczególnie, że właśnie grzybkowy SkinFood taki był. Jego fasolkowy braciszek to jednak „inna para kaloszy” i nie mogę go wam polecić.


Testowałyście kiedyś Red Bean BB? Jakie wrażenie zrobił na was? Lubicie lekkie BB?
~ Koala <3

8.3.16

Krem BB azjatycki, a krem BB zachodni

Witam wszystkich! :)
Jestem Koala (Karolina) i mam 18 lat. Bloga tego założyłam z myślą o recenzjach kosmetyków przede wszystkim azjatyckich, ale także zachodnich oraz różnych urodowych gadżetów. Używam różnych kosmetyków sprowadzanych z Azji (przede wszystkim z Korei) od około 3-4 lat, więc zdążyłam już przetestować ich kilka i postaram podzielić się tutaj z Wami moim doświadczeniem i wiedzą w kwestii pielęgnacji wschodniej. Zapraszam :)

Moda na kremy BB w Polsce zaczęła się jakoś na początku 2012 roku za sprawą BB od Garniera. Interesowałam się wtedy dość mocno Azją, w szczególności Japonią i o kremach BB dowiedziałam się jakoś po drodze, przeglądając bloga Azjatyckiego Cukru (którego z resztą serdecznie polecam!). 
Jednak nie byłam wtedy szczególnie zaangażowana w sprawy kosmetyczne i pielęgnacyjne i nie wyobrażałam sobie wydać sześćdziesiąt złotych na jakieś koreańskie mazidło do twarzy ;)
Mimo to bardzo chciałam wypróbować na sobie jakikolwiek BB, więc gdy tylko dowiedziałam się o nowym produkcie Garniera, poleciałam do drogerii.

Muszę przyznać, że byłam bardzo zadowolona… do czasu zakupu pierwszego prawdziwego BB i przeczytania postu Azjatyckiego Cukru o jej antypatii do zachodniego odpowiednika tego kosmetyku.

ETUDE HOUSE Precious Mineral BB Bright Fit (stara wersja)
i Dream Fresh BB Maybelline

Ktoś, kto nigdy nie miał w rękach azjatyckiego kremu BB może więc zapytać: jakie są różnice między BB z Azji, a jego zachodnim odpowiednikiem? Postaram się na to pytanie odpowiedzieć w oparciu o moje osobiste doświadczenia z kremami BB (Hot Pink, grzybkowy SkinFood, Precious Mineral, Dream Girls – azjatyckimi; Krem BB od Garniera i Dream Fresh BB od Maybelline – zachodnimi).
  • Różnica w kolorze. To widać na pierwszy rzut oka – krem BB z Azji zawsze będzie jaśniejszy. Poza tym, przy większości europejskich BBków mam ten sam problem co przy podkładach – nieładny, pomarańczowy podton, który nijak ma się do mojej cery i tworzy na buzi efekt maski, którego bardzo nie lubię.
  • Różnica w pigmentacji i kryciu. Azjatyckie BB bardzo delikatnie kryją, czasem są prawie transparentne, a ich kolor idealnie wtapia się w cerę (oczywiście wyłączając te bardzo ciemne, cudów nie ma ;) ). Natomiast nasze zachodnie kremy zachowują się bardziej jak podkłady lub kremy koloryzujące. Po nałożeniu nie wchłaniają się, „siedzą” na skórze i mimo, że wcale za dobrze nie kryją, to je widać.
  • Różnica w wygładzaniu cery. Każdy BB z Azji, który miałam, idealnie wygładzał cerę, jakby „wypełniając” pory i tworząc efekt zdrowej, miękkiej i gładkiej skóry. Zachodnie BB tego nie robią. Po prostu.
  • Różnica w trwałości. Nie wiem, czy po prostu źle trafiłam, czy naprawdę zachodnie BB trwałością nie grzeszą. Szybko się ścierały i po powrocie do domu ze szkoły nie było po nich najmniejszego śladu. Moje azjatyckie BB trzymają się dłużej.
  • Różnica w pielęgnacji. Niestety, ale europejskie BB dość mocno niszczyły mi cerę. Szczególnie doświadczyłam tego przy produkcie Garniera, który nakładałam codziennie przez dość długi okres. Szybko wysuszył mi cerę. Potem odkryłam, że to sprawka zawartego w nim alkoholu! Moja cera dość szybko się przesusza przy nieodpowiedniej pielęgnacji. Dlatego też zaufałam azjatyckim kremom, które nie robią mojej buzi krzywdy. Pozostawiają jej stan neutralny, a czasem nawet poprawiają go trochę :) 

Na górze - Etude House
Na dole - Maybelline

Wiem, że niektóre osoby mogą zarzucić mi, że jestem bardzo stronnicza i jako użytkowniczka kremów BB z Azji, będę ich zaciekle bronić i demonizować zachodnie odpowiedniki. Może i tak jest, ale moja cera jest wymagająca (w przeszłości zmagałam się z atopowym zapaleniem skóry oraz trądzikiem, które czasem nawracają :( ). Uważam jednak, że jeśli ktoś maluje się codziennie, to dobry podkład, BB, krem koloryzujący to podstawa. W końcu to ten kosmetyk ląduje na naszej twarzy i jest tam przez cały dzień. Dlatego jestem zwolenniczką BBków. Wiem, że nie robią cerze krzywdy, delikatnie ją pielęgnują i sprawiają, że wygląda piękniej. A o to przecież chodzi :)

Jakie jest wasze zdanie? Czy zachodnie BB są dla was tak samo dobre jak te azjatyckie?
~ Koala <3

7.3.16

Wishlist

Oto lista kosmetyków, które chcę wypróbować w najbliższym czasie :)

 It's Skin Power 10 Formula YE Effector

Hada Labo Gokujyun

It's Skin Star CC Cream







Koala


Cześć Koalki!
Jestem Karolina i urodziłam się 2 września 1997 roku, więc na chwilę obecną mam 18 lat. 
Kulturą japońską zaczęłam interesować się około 2010 roku za sprawą japońskiej animacji (anime) i mangi. Dużo czasu poświęcałam na czytanie nie tylko o samych mangach i anime, ale także o tradycjach i ciekawostkach z Kraju Kwitnącej Wiśni. Potem ta fascynacja rozwinęła się w zainteresowanie Azją jako taką, przez co trafiłam na różne blogi kulturowe, a potem - urodowe, skupione wokół kremów BB. Przepadłam kompletnie :) Korea stała się moją Mekką kosmetyczną, a ja zaczęłam odkrywać, jakie cudowne techniki pielęgnacyjne oferuje Daleki Wschód. Po paru lat doświadczenia w tym temacie postanowiłam założyć własnego bloga i oto jestem :)
Prywatnie uczę się w liceum (niedługo matura!). Nie wiem jeszcze jakie studia wybiorę. Poza uczeniem się do egzaminu dojrzałości oglądam seriale, jeżdżę na konwenty (Pyrkon, Copernicon), troszkę biegam, dużo czasu spędzam też w internecie.
Jeśli chcecie mnie bliżej poznać, możecie napisać maila na: karolinam.m@wp.pl
Chętnie odpowiem na wszelkie pytania :)


Zaufane sklepy z kosmetykami azjatyckimi

Oto lista sklepów z moimi zaufanymi kosmetykami azjatyckimi, w których najczęściej robię zakupy. Oczywiście zdarza się, że zamawiam także z innych źródeł, ale polecam wam tylko te w 100% sprawdzone i zaufane. Aby przejść do sklepu, należy kliknąć na logo.





+



*Nie jestem w żaden sposób powiązana z żadnym z powyższych sklepów i nie czerpię z reklamy zysku. Jest to tylko forma rady dla osób, które nie wiedzą skąd zamawiać kosmetyki azjatyckie :)